Zug i Rapperswil
To już ostatni dzień naszej podróży po Szwajcarii. Aż żal wyjeżdżać. Tym bardziej, że pogoda jest wspaniała. Udaliśmy się do centrum Lucerny, usiedliśmy na ławce nad jeziorem i upajalismy się widokami. Obserwowalismy wokół wszystko, począwszy od powszedniego ruchu ulicznego, przez pływające statki, po górę Pilatus i odleglejsze alpejskie szczyty. I ogarnal nas blogostan.
Przeszliśmy jeszcze raz przez Kapelbrucke.
Przy dworcu zwróciliśmy uwagę na ilość zostawionych na ulicy rowerów. Ich właściciele zapewne udali się dalej pociągiem. Co ciekawe: rowery nie są niczym zabezpieczone. Po prostu nikt tu rowerów nie kradnie.
Udaliśmy się pociągiem do Zug, do którego przybyliśmy po 20 minutach.
Zug jest miastem w środkowej Szwajcarii, nad jeziorem Zug, na północny wschód od Lucerny. Jest stolicą kantonu Zug.
Z dworca przejechalismy 3 przystanki w kierunku starówki.
Dekoracje na ulicach wskazywały na rychły początek odbywającego się tu festiwalu jodłowania.
Pospacerowaliśmy uliczkami ciesząc wzrok kamieniczkami, fontannami. Zwiedziliśmy bramę Zyt.
Zmeczywszy się nieco, bo i gorąco było zeszliśmy nad Zugsee, znajdując knajpkę pod parosolami. Zamówiliśmy letnią sałatkę, a na deser specjalność regionu Zug: Zuger Kirschtorte, czyli ciastko z wiśniami. Pyszne. Region Zug slynie z upraw właśnie wiśni i podobnie jak w Japonii świętują tu kwitnienie tego drzewa.
Powróciliśmy autobusem na dworzec i z przesiadkami w Thalwil i Ph.. udaliśmy się do Rapperswil.
Rapperswil, a właściwie Rapperswil-Jona to ok. 30-tysięczne miasto we wschodniej Szwajcarii, w kantonie St. Gallen, leżące nad jeziorem Zurychskim.
Pociąg lub samochód jadąc od strony Pfaffikon przejeżdża groblą na Jeziorze Zurychskim.
Komunikację między dwoma brzegami stanowiła niegdyś i obecnie drewniana piesza kładka.
Z dworca w Rapperswil udaliśmy się w górę miasta, żeby zobaczyć zamek, w którym do niedawna mieściło się muzeum polskie. Obecnie zamek jest w remoncie i nie można go zwiedzać.
Ze wzgórza zamkowego roztaczały się rozległe widoki.
Weszliśmy za to do sąsiedniego kościoła. Ciekawostką w tym kościele jest to, że podłoga jest pochyla i opada w kierunku ołtarza.
Potem pochodziliśmy jeszcze uliczkami miasta.
Czas jednak kurczył się i trzeba było myśleć o powrocie.
Wsiedlismy w pociąg do Zurychu HB.
Po około 30 min. jazdy byliśmy na największym dworcu kolejowym Szwajcarii. Poruszanie się po dworcu przypomina poruszanie się po lotnisku, gdzie informacje wizualne o peronach (a raczej o torach) odjazdu pociągu przypominają te o gates. Idzie się za znakami np. tor 21-34. My mieliśmy pociąg na lotnisko z toru 34.
Na lotnisko dotarliśmy ekspresowo w 7 minut. A na lotnisku standardowo, ale po szwajcarsku, czyli szybko i precyzyjnie.
Dotarliśmy do Gate A65. Boarding również sprawny i o czasie i tak "jak w szwajcarskim zegarku" zakończyła się o 19:05 nasza 10-dniowa szwajcarska przygoda. Udaliśmy się samolotem Swiss Air do Frankfurtu, skąd po przesiadce ponownie liniami AirDolomiti do Katowic.


































































Komentarze
Prześlij komentarz