Bernina Express
A więc dzisiejszy hit! Bernina Express.
Najpierw nieco wprowadzenia geograficzno-historycznego.
Linia kolejowa Bernina Express łączy Chur (584 m n.p.m.) i Sankt Moritz (1775 m n.p.m.) w szwajcarskim kantonie Gryzonia, z lombardzkim miastem Tirano (429 m n.p.m.) we Włoszech (można nią także dojechać do Davos). Powstała na przełomie XIX i XX w. i jest drugą pod względem wysokości w Europie - wiedzie przez przełęcz Ospizio Bernina (2253 m n.p.m.).
Otwarta została w pełni w 1910 roku, była majstersztykiem ówczesnej inżynierii. Na odcinku ok. 122 km trzeba było zbudować 55 tuneli (w tym jeden prawie 6-kilometrowy) oraz 196 wiaduktów i mostów, by gładko pokonać kolosalną różnicę wysokości liczącą 1824 m. Warto podkreślić, że linia wpisuje się w krajobraz nie zmieniając go w znaczący sposób. Wynikało to z tego, że poza pasażerskim, miała ona obsługiwać również ciężki transport towarowy, którego nie wytrzymałyby koleje zębate. Inżynierowie musieli więc tak “kombinować” w trudnym terenie, by nachylenie trasy nigdzie nie przekraczało krytycznych 7 proc., przy których dało się jeszcze kontrolować pociąg bez zębatki. Wymagało to w najstromszych miejscach budowy spiralnych tuneli dosłownie meandrujących w trzewiach gór i zakosami wspinających się po zboczach. Trudno studentom współczesnych politechnik zrozumieć, jak oni projektowali takie pokręcone “precle” bez laserowych mierników i komputerowych symulacji, trafiając z wlotem i wylotem tuneli tam gdzie chcieli (chociaż pomyłek i ofiar w ludziach nie brakowało)... Chapeau bas!
Linia kolejowa przez przełęcz Bernina miała w zamierzeniu połączyć alpejskie doliny Engadyny, Valtelliny i Valposchiavo, które przez wieki były ze sobą związane kulturowo i handlowo. Ale nie kolejowo. Ostatecznym impulsem do budowy było powstanie pod koniec XIX w. przepraw kolejowych przez alpejskie przełęcze Gotarda i Brennera, które zagrażały marginalizacją całego regionu pod względem komunikacyjnym. Tak być nie mogło! Mimo że karkołomna i powolna, nowa linia kolejowa na przełomie wieków uratowała okolice przed wyludnieniem, emigracją i stagnacją, a w ostatnich dziesięcioleciach przyciągnęła tysiące turystów żądnych pięknych widoków - ktoś miał naprawdę dobry pomysł! Zarządzana przez Koleje Retyckie jest swego rodzaju “produktem regionalnym”, zbudowanym z lokalnych materiałów, dającym pracę, zasilanym prądem z licznych lokalnych elektrowni wodnych. Nie bez powodu świadectwo technicznego geniuszu i wspaniałe widoki jakie oferuje linia, zostały docenione przez UNESCO w roku 2008 wpisem na Listę Światowego Dziedzictwa.
Poranek po wczorajszych opadach nastał rześki. Po hotelowym śniadanku udaliśmy się autobusem do Banhof - 8 minut jazdy.
Tu odnaleźliśmy tor 10, z którego odjeżdża Bernina Express Kolei Retyckich, by podróżować do włoskiego Trentino. Planowy odjazd 9:28. Ustawiliśmy się grzecznie przy numerze 4, oznaczającym numer wagonu przypisanemu nam na bilecie wagonu.
Pociąg ruszył punktualnie. Wagony byly wyciszone, tak że prawie nie słyszało się stukotu kół. Nasze zdziwienie wywołał fakt, że byliśmy sami w wagonie. Było to jedak chwilowe, bo na kolejnych stacjach dosiadali się turyści, tak że docelowo pociąg podrożał w pełnym "obłożeniu". Już na początku niespodzianka: jedna ze stewardesy była Polka - Pani Kasia, która z dużą serdecznością przekazała nam szereg informacji o jako, że w pociągu byliśmy jedynymi pasażerami Polakami, dbała o nas szczególnie. Zamówiliśmy u niej pyszną kawę, która tylko dla nas była podwójna.
Wyruszyliśmy z poziomu 592 m npm.(Chur). Pociąg systematycznie wznosił się.
Początkowo przejazd był alpejska doliną. Mijaliśmy urokliwe stacyjki. Częściowo towarzyszyła nam autostrada. Za oknem dominowały uprawy i pastwiska. Każdy kawałek gruntu był wykorzystany.
Od miejscowości Thusis, aż do Trentino, linia kolejowa wpisana jest a listę Dziedzictwa UNESCO.
Pociąg piął się w górę serpentynami pokonując kolejne tunele i wiadukty, z których najsłynniejszy to Landwasserwiadukt o wysokości 65 m położony na wysokosci ok. 1000m npm. polozomy przed miejscowością Filisur.
Po minięciu Bergun pociąg wspinał się spiralnym tunelem tak, że na odcinku zaledwie 5 km pokonał 400 m wzniesienia.
Potem z kolei jechaliśmy przez najdłuższy tunel na trasie, bo ponad 6-kilometrowy: Albulawiadukt.
W miejscowości Pontresina, położonej a wysokości 1774 m npm. dochodziła bocznica z St. Moritz.
Mijaliśmy urokliwe alpejskie miasteczka i wioski.
Muzeum kolei
Wspinaliśmy się coraz wyżej.
Otaczające nas alpejskie szczyty były coraz bardziej ośnieżone. W końcu zobaczyliśmy najwyższy szczyt w okolicy, który był czterotysiecznikiem: Bernina Piz. Od nazwy tego wkasnie szczytu wziął nazwę nasz pociąg.
Po drodze mijaliśmy kolejkę na szczyt Diavolezza (2998 m npm.)
W końcu osiągnęliśmy najwyższe wzniesienie na naszej trasie - stacje kolejową Ospizio Bernina (2253 m npm.). W pobliżu były dwa urokliwe jeziorka: Lej Nair (jezioro czarne, to w języku romasz i rzeczywiste ścież jego tafla byla ciemna) i Lago Bianco (po włosku) o jasnym odcieniu.
Nieco niżej, na stacji Alpe Grum, położonej na wysokości 2091 m npm. pociąg zatrzymał się na 15 minut. Była okazja do wyjścia na zewnątrz i porobienia zdjęć w alpejskiej scenerii.
Peronowy dzwon dał sygnał do dalszej jazdy.
Pociąg zjeżdżal serpentynami z malowniczymi widokami na dolinę Vakposchiavo.
W dolinie tej dominowało jezioro Lago Poschiavo o szmaragdowym odcieniu wody (wys. ok. 1000 m npm.).
W Brusio pociąg pokonywał spirale jadąc po wiadukcie, po czym zataczając koło przejechał pod nim.
Jadąc dalej w dół obserwowalismy liczne uprawy ogodnicze i owocowe (gł. truskawki).
Wkrótce wjechalismy do Włoch i dotarliśmy do celu naszej podróży Trentino, położonego na wys. 429 m npm.
Do miasta pociag wjeżdżał... główną ulicą. Tak., tak, to nie pomyłka. Wjazd do miasta od strony Szwajcarii jest wspólny dla samochodów i pociągu. Tory przebiegają ulicą. Na czas przejazdu pociągu ruch samochodowy jest wstrzymywany.
Przed wjazdem na dworzec mijaliśmy bazylikę Madonna di Trentino.
W Trentino są dwa dworce kolejowe: kleiwloskich i kolei retyckich właśnie. Dworce te położone są obok siebie. Obie koleje kończą tu swój bieg.
Przybyliśmy do Trentino o 12:49.
W Trentino czuło się już klimat południa, zarówno co do temperatury jak i atmosfery.
Mieliśmy do dyspozycji ok. 1,5 godziny przed drogą powrotną do Chur (14:24).
Jako, że była pora obiadowa należało zatroszczyć się o podniebienie. A jak się już było przejazdem we Włoszech, to oczywiście po włosku z obowiązkowym wkiskim winem domowym w karafce oraz deserem w postaci tiramisu i pysznego włoskiego espresso.
Podniebienie na tyle zostało dopieszczone, że już na nic nie zostało czasu. Czas było wracać.
W drodze powrotnej podziwialiśmy te same widoki, ale z innej perspektywy i w innym, popołudniowym oświetleniu co dawało nowe doznania.
Utrudzeni podróżą dotarliśmy do Chur o 18:22. Na koniec kazdego odcinka podróży wszyscy pasażerowie otrzymywali prezent: pudełko czekoladek w kształcie wagonu pociągu Bernina Express i firmową ziołową herbatkę z Valposchiavo.
Przy Banhof wsiedlismy do autobusu, który w 6 minut przywiózł nas pod hotel.
Tak zakończył się, choć męczący, ale pełen wrażeń dzień.
Jutro ciąg dalszy kolejowych podroży.


























































































































































































Komentarze
Prześlij komentarz